Koniec z odkładaniem marzeń na później

Koniec z odkładaniem marzeń na później

Twoje życie to nie przypadek – jesteś chciany i kochany

Czasem w różnych sytuacjach życiowych pojawia się w nas pytanie: „Czy moje życie naprawdę ma sens? Czy ktoś mnie chciał? A może to wszystko jest tylko dziełem przypadku?”
Może takie myśli nachodziły Cię w chwilach kryzysu, samotności, porażki. Może kiedyś ktoś sprawił, że poczułeś się niepotrzebny, odrzucony. A może sama/sam nieraz porównujesz się z innymi i wydaje Ci się, że Twoje życie jest mniej wartościowe niż cudze.

To doświadczenie nie jest obce żadnemu człowiekowi. Ale właśnie w takich momentach warto się zatrzymać i usłyszeć coś, co może odmienić nasze spojrzenie. Prawda, którą głosi Ewangelia, jest jasna i prosta: Twoje życie nie jest przypadkiem. Ty sam nie jesteś przypadkiem.


Stworzony i chciany od początku

Biblia mówi:

„Ukształtowałem cię w łonie matki, nim się urodziłeś, znałem cię” (Jr 1,5).

Bóg wypowiada te słowa do proroka Jeremiasza, ale dotyczą one każdego z nas. Już zanim świat Cię poznał, On znał Twoje imię, Twój głos, Twoje serce. Znał wszystkie Twoje marzenia, talenty, trudności i słabości. I co najważniejsze – chciał Ciebie.

To nie geny, przypadek czy los zdecydowały o Twoim istnieniu. Źródłem życia jest miłość Boga. On zapragnął, abyś był tu i teraz, w tej właśnie epoce, w tym kraju, w tej rodzinie. Być może Twoja historia nie zawsze była prosta, być może są w niej luki, cierpienie, brak akceptacji – ale to nie zmienia faktu, że u Boga miałeś swoje miejsce od zawsze.


Nie jesteś pomyłką

Znam wiele osób, które w pewnym momencie swojego życia zadawały pytanie: „Dlaczego ja się w ogóle urodziłem?” albo „Po co tu jestem?” Takie myśli mogą być bardzo bolesne. Szczególnie jeśli ktoś dorastał w atmosferze braku miłości czy doświadczał odrzucenia.

Ale warto wtedy przypomnieć sobie jedną fundamentalną prawdę: Bóg nie stwarza pomyłek.
Każde życie ma wartość. Nawet jeśli Twoi bliscy nie potrafili Ci tego okazać. Nawet jeśli w świecie spotyka Cię krytyka czy brak uznania. Nawet jeśli sam siebie oceniasz surowo.

Czasem, gdy ktoś pyta mnie: „Siostro, ale po co ja żyję?” odpowiadam: „Żyjesz, bo jesteś kochany przez Boga. On ma z Tobą plan – i tylko Ty możesz go wypełnić. Nikt inny nie zastąpi Twojego miejsca w historii.”


Odkryć swoją wartość

Kiedyś sama przeżywałam moment, w którym miałam poczucie, że moje życie jest zwyczajne, a może nawet niewiele warte. Z zewnątrz wszystko wyglądało dobrze, ale w środku brakowało radości i poczucia sensu. Pamiętam dzień, gdy podczas modlitwy nagle dotarło do mnie jedno zdanie:
„Jesteś moim darem dla świata.”

To było jak iskra, która rozświetliła mrok. Zrozumiałam, że nie chodzi o to, co osiągnę, co zrobię, jak wypadnę w oczach innych. Moja wartość nie zależy od ocen, sukcesów czy porównań. Moja wartość wynika z tego, że jestem chciana i kochana przez Boga.


Bóg działa w codzienności

Może czasem spodziewamy się, że Bóg objawi się w czymś wielkim, spektakularnym. Tymczasem On najczęściej przychodzi w prostocie dnia codziennego. W słowie, które usłyszysz. W geście drugiego człowieka. W ciszy serca.

Pomyśl: czy naprawdę istnienie tak subtelnych znaków – odcieni porannego nieba, śmiechu dziecka, dotyku dłoni przyjaciela – może być czystym przypadkiem? Czy to nie jest raczej delikatna obecność Tego, który mówi: „Cieszę się, że żyjesz. Cieszę się, że jesteś.”


Ćwiczenie duchowe: spojrzenie wdzięczności

Spróbuj dziś znaleźć chwilę ciszy i przypomnieć sobie trzy momenty ze swojego życia, w których poczułeś/poczułaś się chciany, kochany, ważny.

  • To może być wspomnienie z dzieciństwa.
  • Może sytuacja, kiedy ktoś Ci podziękował.
  • Albo chwila, gdy coś w Twoim sercu poruszyło się na modlitwie.

Zatrzymaj się przy tych wspomnieniach i powiedz Bogu proste słowo: „Dziękuję.”
Wdzięczność otwiera serce i pozwala zobaczyć życie jako dar.


Kiedy życie boli

Oczywiście, nie znaczy to, że życie zawsze będzie łatwe. Czasem jest pełne trudności, które mogą nas przytłaczać. Choroba, kryzysy rodzinne, brak pracy, samotność – to wszystko są realne doświadczenia. Ale nawet w nich Bóg nie mówi: „Twoje życie nie ma sensu.” On mówi: „Jestem z tobą. Przechodzę przez to razem z tobą.”

Krzyż Jezusa jest największym dowodem, że cierpienie nie przekreśla wartości życia. Wręcz przeciwnie – może stać się miejscem spotkania z Bogiem, który daje siłę i nadzieję.


Zaproszenie

Spróbuj spojrzeć na swoje życie oczami Boga. Zobacz w nim nie tylko codzienne obowiązki i trudności, ale przede wszystkim dar. Niepowtarzalny, jedyny, niezwykle cenny dar.

Może dziś wydaje Ci się, że Twoja historia jest zbyt zwyczajna, by miała znaczenie. Ale pamiętaj: dla Boga nie ma „zwyczajnych” istnień. Każdy człowiek jest wyjątkowy. Ty także.


Na koniec pytanie do Ciebie:

Kiedy ostatnio pomyślałeś/pomyślałaś, że Twoje życie ma ogromną wartość?

Spróbuj dziś znaleźć choć jedną okazję, by za to podziękować – Bogu, a może także komuś, kto Cię wspiera i pomaga odkrywać, że jesteś chciany i kochany.ures pains to avoid worse pains."

Świadectwo powołania o. Piotra Laskowskiego OP

Świadectwo powołania o. Piotra Laskowskiego OP

„Jak to się stało, że jesteś dominikaninem?” i tym podobne pytania zdarzyło mi się już wielokrotnie usłyszeć w czasie mojej, jak na razie 8-letniej, przygody bycia zakonnikiem. Zwykle to pytanie zadawane z zaskoczenia, przy okazji różnego rodzaju rozmów i spontanicznych spotkań. Co ciekawe, odpowiedzi mogą być różne. Różne, ale wszystkie prawdziwe. Powołanie, przynajmniej tak jak ja rozumiem to słowo i jak je przeżywam, to jest w sumie kwestia całego życia. I jak to z człowiekiem i jego życiem bywa – wielowarstwowa: jest to co na zewnątrz, jest to co w środku, są też kwestie najbardziej prywatne, to co było w życiu stale, i to co się rozwinęło.

W moim przypadku ta warstwa zewnętrzna jest stosunkowo prosta i nieskomplikowana.  Dzięki mojej starszej siostrze, która jako studentka chodziła do dominikańskiego duszpasterstwa, trafiłem na liturgię Triduum Paschalnego – piękną, pełną śpiewów, rozbudowaną, a jednocześnie w najgłębszym sensie naturalną – wtedy wsiąkłem. Kiedy więc na modlitwie pojawiła się myśl o powołaniu kapłańskim, to wybór życia dominikańskiego był jedną z najbardziej oczywistych możliwości.

Wychowywałem się w katolickiej rodzinie i miałem tę rzadką i piękną – z perspektywy dorosłego człowieka to dopiero doceniam – możliwość, że modlitwy mogłem się uczyć od swojego taty. To wspaniały skarb na życie! Modliłem się więc od dzieciństwa (i to z takim nienazwanym przekonaniem, że to właśnie męska rzecz się modlić!), ale przełomowe okazało się doświadczenie Skautów Europy. Tam w czasie dorocznej pielgrzymki na Święty Krzyż doświadczyłem czegoś, co dziś mogę nazwać jedynie spotkaniem z Bogiem, który jest żywy i który jest Osobą. Od tego czasu modliłem się z Pismem Świętym regularnie, a po paru miesiącach zacząłem też regularne Eucharystie w tygodniu. I tak na pewnych rekolekcjach, też skautowych, pierwszy raz pojawiła się we mnie myśl, że Pan Bóg mnie powołuje do życia kapłańskiego. Była jakaś przekonująca, ale postanowiłem nic z nią na razie nie robić. Ostatecznie miałem wtedy tylko 17 lat. Jakiś czas później tak się stało, że zacząłem chodzić z dziewczyną. To jednak, może paradoksalnie, przyspieszyło moją decyzję. Zacząłem zdawać sobie sprawę, że nieodpowiedzialne jest przedłużać taki związek, jeśli mam nierozwiązaną sprawę – czy chcę iść do zakonu. Dużo to kosztowało trudnego czasu na modlitwie, wątpliwości, pytań… Ostatecznie jednak coś się stało pewnego razu na mszy i postanowiłem zerwać związek i poważnie przymierzyć się do życia zakonnego. Trudna to była decyzja, był żal i też łzy, ale wiem teraz, że była to decyzja dobra.

Im bardziej poznawałem, przed wstąpieniem i w trakcie formacji, zakon dominikański, tym bardziej zachwycałem się, jak bardzo on do mnie pasuje i do tego co noszę w sercu. Lubię się uczyć i myśleć – a to zakon dla którego studia są bardzo ważne. Kocham ludzi – a to zakon posłany do głoszenia i taki, dla którego niesamowicie ważne jest budowanie wspólnoty. Chcę się modlić – a św. Dominik był człowiekiem żarliwej modlitwy i to też zostawił swoim braciom. Chciałbym się dzielić tym, co dla mnie najważniejsze i najgłębsze – a to zakon, którego hasłem jest: „kontempluj i owoce tej kontemplacji przekazuj innym”. Chciałbym być naraz człowiekiem bożym (odważmy się na szaleństwo! Przyjacielem Pana Boga), a przy tym – normalnym, mówiącym normalnym językiem, mającym swoje hobby i zainteresowania. I to też wydaje się jakieś bliskie dominikańskim sercom.

Będąc już po ślubach wieczystych i święceniach, gdy Kościół już swoim rozeznaniem potwierdził, że to właśnie jest moje życiowe powołanie, tym bardziej widzę i zaczynam doceniać jak wiele elementów mojego życia i mojej osobowości przygotowywało mnie do tego bym był dominikaninem. Skauting rozbudził we mnie pragnienie przygody – bez tego nie odważyłbym się zostać zakonnikiem. Od dzieciństwa uwielbiałem fantastykę – i choć bywają katolicy, którzy widzą tym zagrożenie duchowe, ja jestem przekonany, że to też przygotowywało mnie na życie modlitewne i zakonne – przez rozbudzenie wrażliwości na to, co niecodzienne, niewidoczne, niezwykłe, na wartości takie jak bohaterstwo i poświęcenie. Modlitwa od dzieciństwa – o tym już wspominałem. Choć w pierwszych latach życia zakonnego myślałem o nim głównie jako czymś, do czego Pan Bóg mnie wzywa, to z biegiem lat coraz głębiej odkrywałem, że jest to jednocześnie coś, za czym z najgłębszych części siebie najbardziej tęsknię i czego najbardziej bym chciał. Najbardziej „moja” droga życia na ziemi. Tak bardzo „moja”, że aż czasem ciężko mi uwierzyć, że coś takiego istnieje. Ale istnieje i za to mogę być naszemu dobremu Bogu wdzięczny.  Może jednak warto dodać, choć nie będę się tu wdawał w szczegóły, że to wszystko oczywiście nie wyklucza tego, że nieraz mi trudno, smutno i żal tego, co zostawiłem i stale muszę zostawiać.

Na zakończenie chciałbym wspomnieć jeszcze o pewnym fundamentalnym elemencie mojego powołania: Eucharystii. Jak wspominałem, gdzieś w latach licealnych zacząłem chodzić na mszę w tygodniu i szybko stał się to dla mnie żelazny i najważniejszy punkt dnia. Po pierwszych dwóch–trzech latach ożywienia minęły emocjonalne uniesienia. Zwłaszcza teraz, gdy mam na Mszy tak dużo do zrobienia, często to właśnie te techniczno-zadaniowe sprawy dominują moją świadomość w jej trakcie. Jednocześnie gdzieś w głębi serca noszę głębokie przekonanie, że to właśnie tam bije serce i źródło mojego powołania. Żeby użyć technicznego porównania, jestem pewien, że jest ona czymś jakby podłączeniem się do ładowania. Bez niej szybko moje serce i powołanie straciło by energię. Ten, kto Mnie spożywa, będzie żył przeze Mnie, powiedział Pan Jezus, i choć nie jestem w stanie wytłumaczyć na czym opieram swoje przekonanie, to te słowa przeżywam bardzo osobiście.